To the Moon - recenzja
Dodane przez crouschynca dnia 23.10.2012 13:49

Każdy ma jakieś marzenia. Jedni chcą sławy oraz bogactwa, podczas gdy inni śnią o dalekich podróżach lub spokojnej i szczęśliwej egzystencji u boku ukochanej osoby. Niestety, nie zawsze udaje się zrealizować wszystkie pragnienia. Te niespełnione bolą zwłaszcza wtedy, gdy szanse ich urzeczywistnienia stają się prawie zerowe, np. u kresu życia. Nie na wiele zda się wówczas pocieszenie, że spróbujemy coś osiągnąć w późniejszym terminie. A gdybyśmy jednak otrzymali szansę ziszczenia najskrytszego marzenia w ostatnich chwilach ziemskiej wędrówki? Może nie w sensie dosłownym, ale przynajmniej podarowano by nam idealne złudzenie. Czy zgodzilibyśmy się na taką propozycję? Sądzę, że tak. Do podobnego wniosku doszedł również Kan Gao, autor scenariusza gry To the Moon, kreując świat, gdzie umierający ludzie korzystają z takiej możliwości. Co natomiast zyska odbiorca tej produkcji? Przepiękną opowieść, obok której nie da się przejść obojętnie.



To the Moon ukazało się pod szyldem niewielkiego zespołu deweloperskiego o nazwie Freebird Games. Założycielem studia jest wymieniony we wstępie Kan Gao. Jeśli chodzi o jego udział w pracach nad grą, nie poprzestał on na napisaniu skryptu. Gao czuwał nad całym projektem i maczał też palce w oprawie audio-wizualnej. Premiera To the Moon w formie cyfrowej miała miejsce w listopadzie 2011 r. Niezależny tytuł od razu podbił serca fanów oraz krytyków, ucierając nosa wydawcom wysokobudżetowych produkcji. Pozycja o tak pochlebnych opiniach zasłużyła zatem na wersję pudełkową, która ujrzała światło dzienne w lipcu 2012 r. za sprawą firmy Lace Mamba Global.



Ostatnie życzenie



Projekt autorstwa Freebird Games zabiera nas do niezbyt odległej przyszłości, a konkretnie lat sześćdziesiątych XXI wieku. W owych czasach wynaleziono technologię pozwalającą zaszczepić sztuczne wspomnienia. Tego rodzaju wynalazek wydaje się być wybawieniem dla każdego człowieka obciążonego pamięcią o przykrych wypadkach czy niespełnionych ambicjach. Jednakże istnieje pewien szkopuł. Konflikt pomiędzy nowymi a autentycznymi wspomnieniami doprowadza do uszkodzeń psychiki, w związku z czym zabieg przeprowadza się jedynie na umierających pacjentach. Do klienta, który zdecydował się na taką usługę przybywają lekarze specjaliści i za pomocą odpowiedniego urządzenia przenoszą się do jego umysłu, aby dokonać tam stosownych zmian. Jeżeli wszystko przebiegnie pomyślnie, na krótko przed swoją śmiercią, pacjent uwierzy w coś, co tak naprawdę nigdy nie nastąpiło i będzie mógł odejść z poczuciem spełnienia.





Urzekająca historia o życiu, śmierci oraz miłości



Gra pozwala pokierować poczynaniami dr Evy Rosalene oraz dr Neila Wattsa. Parę naukowców poznajemy w momencie, kiedy zmierzają do posiadłości starego Johnny'ego Wylesa. Wiekowy jegomość jest klientem firmy, gdzie pracują nasi bohaterowie. O czym marzy pan Wyles? O podróży i to nie byle jakiej. Jak słusznie wskazuje tytuł produkcji, staruszek chciałby udać się na Księżyc. Problem w tym, że nie wiadomo, dlaczego pragnie odwiedzić srebrny glob. W celu zrealizowania zlecenia, lekarze muszą najpierw odkryć kierujące mężczyzną motywacje poprzez obserwację jego prawdziwych wspomnień. Dopiero wtedy spróbują zmodyfikować zapamiętane wydarzenia. Co ciekawe, wirtualną wędrówkę po przeszłości pacjenta rozpoczną od późnej starości, a następnie będą się stopniowo cofać aż do okresu dzieciństwa. W trakcie wyprawy dowiedzą się mnóstwa szczegółów dotyczących Johnny'ego oraz jego zmarłej żony River.



Tak więc w centrum historii znajduje się stary Wyles, mimo że do naszej dyspozycji oddano dwójkę specjalistów. Johnny jest zresztą niezwykle interesującym, aczkolwiek skomplikowanym wewnętrznie człowiekiem, który doświadczył zarówno radości, jak i smutku. Pozostali bohaterowie również nie sprawiają wrażenia wyciętych z papieru. Przykładowo doktorzy Rosalene i Watts potrafią się przekomarzać, rzucać sarkastycznymi komentarzami, a w miarę rozwoju fabuły coraz bardziej przejmują się losami klienta. Perypetie poszczególnych postaci są realistyczne, chociaż twórcy poruszają się poniekąd po obszarach fantastyki naukowej. No właśnie, osadzenie akcji w przyszłości oraz obecność futurystycznej technologii nie posłużyły ukazaniu niewiarygodnych przygód, o jakich współcześni ludzie mogą tylko pomarzyć. Niezależna produkcja snuje dojrzałą opowieść o życiu, która skłania odbiorców do rozważań na temat samotności, własnej tożsamości, śmierci, trudnych wyborów i innych poważnych zagadnień. Poza tym, szczególnie dużo uwagi poświęcono związkowi Johnny'ego z River, czyniąc To the Moon piękną historią miłosną.





Uczciwie przyznam, że w trakcie rozgrywki często roniłam łzy wzruszenia. Prócz typowo dramatycznych epizodów, silne emocje wznieciły we mnie pozornie zwyczajne sytuacje typu rozmowy w kinie czy na szkolnym korytarzu. Przy okazji muszę zaznaczyć, iż produkcja nie ogranicza się do uderzania w poważniejsze tony. W pozycji od Freebirds Games napotkamy parę humorystycznych momentów, wywołujących u nas sympatyczny uśmiech. Ponadto, olbrzymi podziw budzi konstrukcja scenariusza wraz ze skrupulatnym podejściem do szczegółu. Odwrócona chronologia w partiach retrospekcyjnych nie powoduje ani odrobiny chaosu. Na dodatek, w tej grze aż roi się od symboli. Tutaj każdemu zdarzeniu oraz interaktywnemu obiektowi przypisano pewne znaczenie, które prędzej czy później zostanie przez nas odszyfrowane.



Prosto i przyjemnie



Pora przyjrzeć się technicznym aspektom To the Moon. Obsługa produkcji nie przysparza żadnych trudności. Sterowanie odbywa się za pomocą myszki, lecz gra zezwala też na użycie klawiatury. Niekiedy nawet sama zaproponuje skorzystanie ze strzałek kierunkowych, służących do przemieszczania postaci. Są to bardziej zręcznościowe fragmenty, w których klawiatura okazuje się po prostu wygodniejszym rozwiązaniem. Oczywiście cały czas możemy poruszać się po świecie gry dzięki poczciwemu gryzoniowi. Przeklikiwanie dialogów oraz interakcja z aktywnymi elementami planszy następuje za sprawą lewego przycisku, klawisza Enter albo spacji. Z kolei do menu zaprowadzi prawy przycisk myszy bądź Esc.





Co się tyczy mechanizmów rozgrywki, opracowany przez Freebird Games tytuł określiłabym jako uproszczoną przygodówkę, tudzież interaktywną opowieść. Z grą bez problemu uporają się nawet te osoby, które zazwyczaj stronią od wirtualnej zabawy. Taki stan rzeczy nie dziwi, zważywszy na główną atrakcję w postaci silnie rozbudowanej fabuły. Bynajmniej nie oznacza to, że To the Moon nie oferuje nic poza licznymi rozmowami. Gameplay w dużej mierze opiera się na działaniach w pamięci starca. Aby przenieść się do kolejnego wspomnienia, potrzebujemy tzw. połączeń. Znajdziemy je poprzez oglądanie właściwych obiektów, podsłuchiwanie konwersacji lub odwiedzanie wybranych miejsc. Uzbierawszy komplet takich łączy, przystąpimy do aktywacji przedmiotu pełniącego funkcję mementa na danej planszy. Czeka nas wówczas ułożenie bardzo łatwej układanki, po zaliczeniu której trafiamy do innego etapu w życiu Wylesa. Przy okazji chciałabym dodać, że natkniemy się na drobne urozmaicenia w rodzaju jazdy konnej czy zabawnego pojedynku z wiewiórką.



Pikselowa sztuka



Pod względem graficznym produkcja wyraźnie odstaje od nowoczesnych tytułów, wpisując się w popularny wśród gier indie styl retro. Dwuwymiarowa oprawa wizualna powstała przy użyciu programu RPG Maker, po którym nie należy spodziewać się jakichkolwiek wodotrysków. Wygląd przygodówki przywodzi na myśl stare japońskie rpg-i, np. Final Fantasy VI z 1994 r. lub o rok młodszy Chrono Trigger. O ile w Gemini Rue pixel art nie przypadł mi do gustu, o tyle stylistyka To the Moon wydała mi się na swój sposób urocza. Cóż, nic nie poradzę na to, że mam słabość do grafiki rodem z Kraju Kwitnącej Wiśni.





Muzyczna perełka



Muzyka to druga, obok scenariusza, największa zaleta To the Moon. Niemalże cały soundtrack został skomponowany przez Kana Gao. Kolejną osobą zaangażowaną w jego stworzenie jest Laura Shigihara, której delikatny wokal usłyszymy w dwóch kawałkach wchodzących w skład ścieżki dźwiękowej. Oprócz tego zajęła się napisaniem słów, a w przypadku piosenki "Everything's Alright", również i warstwą muzyczną. W historii Johnny'ego dominują spokojne utwory z akompaniamentem fortepianu. Brak bogatego instrumentarium oraz pełnych przepychu aranżacji w ogóle mi nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie, skromne kompozycje z To the Moon górują nad niektórymi pompatycznymi soundtrackami w wykonaniu wielkiej orkiestry. Melodie odzwierciedlają emocje bohaterów bądź korespondują z rozgrywającymi się przed naszymi oczyma wydarzeniami. Dzięki temu jeszcze bardziej wczujemy się w losy postaci. Mimo że pełnią funkcję idealnego tła, doskonale bronią się jako samodzielne utwory. Co do pozostałych dźwięków, pobrzmiewające gdzieniegdzie odgłosy otoczenia wypadają odpowiednio realistycznie. Na upartego można by się natomiast poskarżyć na dialogi, które występują wyłącznie w formie tekstowej. Na szczęście, zalety produkcji w zupełności rekompensują nieobecność dubbingu.



Chapeau bas!



Za co pokochałam To the Moon? Przede wszystkim za cudowne przeżycie, jakie dostarczyła mi wyśmienita i poruszająca fabuła wespół z liryczną ścieżką dźwiękową. Trochę tylko żałuję, że przygodówka ta nie należy do zbyt długich produkcji. Jej ukończenie zajmuje bowiem około 5 godzin, o czym twórcy uczciwie informują na oficjalnej stronie projektu. Niemniej czas, jaki spędzimy przy pozycji od Freebird Games na pewno nie pozostawi w nas pouczucia niedosytu. Dlatego gorąco zachęcam do sprawdzenia, czy Johnny'emu udało się dotrzeć na Księżyc. W moim osobistym odczuciu, wyprawa do umysłu pana Wylesa jest czymś więcej niż grą. Śmiem twierdzić, że to małe dzieło sztuki.











9 PLUSY:

mądra i poruszająca fabuła
+ niebanalne postaci
+ piękny soundtrack
+ przystępna obsługa
MINUSY:

trochę za krótka
- nie dla hardcorowych graczy

Autorka: crouschynca