The Rockin' Dead - recenzja
Dodane przez crouschynca dnia 09.07.2012 18:41

Olbrzymi sukces Avatara Jamesa Camerona sprawił, iż 3D na dobre zadomowiło się w świecie filmu. Obecnie każdy szanujący się multipleks powinien dysponować salą do projekcji trójwymiarowych tytułów, wśród których znajdziemy większość kinowych hitów. I choć nie brakuje głosów w sprawie szkodliwego wpływu owej technologii na nasze zdrowie, ludzie chętnie przywdziewają stosowne okulary w celu napawania się głębią obrazu. Nie ma więc nic dziwnego w tym, że ekspansja trójwymiaru sięgnęła domowego sprzętu oraz gier video. W końcu przyszła również pora na klasyczne przygodówki i tak oto narodził się The Rockin’ Dead, którego od początku szumnie zapowiadano jako pierwszy point’n’click wykorzystujący technologię 3D. Jak wiadomo, pozycje z tego gatunku nie muszą kusić odbiorców wizualnymi trikami, gdyż ich siła tkwi głównie w scenariuszu oraz zagadkach. Czy zatem gra niemieckiego studia Grasland Production oferuje coś więcej poza specjalnym trybem graficznym?



Zanim przejdę do analizy plusów i minusów The Rockin’ Dead, chciałabym zasygnalizować pewną rzecz. Wspomniany wyżej trójwymiar nie jest jedyną atrakcją, która reklamuje tę produkcję. Twórcy pragnęli bowiem nawiązać do stylistyki campu oraz filmów klasy B. Przyznam szczerze, że swoisty hołd dla kiczu stanowił dla mnie większy wabik niż 3D. Skoro zdarza mi się oglądać utrzymane w takiej konwencji obrazy, postanowiłam zaryzykować i dać szansę przygodówce wyprodukowanej przez naszych zachodnich sąsiadów. Niemcy podarowały graczom niejeden udany tytuł typu point’n’click. Stamtąd wywodzą się przecież perypetie Niny Kalenkow (cykl Tajne Akta), baśniowe The Book of Unwritten Tales czy dzieła autorstwa Daedalic Entertainment. Od TRD nie oczekiwałam równie wysokiego poziomu, ale istniała duża szansa, że dostanę co najmniej przyzwoity produkt.



Gorące laski w świecie żywych trupów



Fabuła gry koncentruje się wokół żeńskiego zespołu metalowego Deadly Lullabyes, w skład którego wchodzą trzy ponętne dziewczyny: ruda Alyssa, kruczowłosa Cassandra oraz czarnoskóra Sahara. Młode kobiety przykuwają uwagę skąpymi strojami scenicznymi, a przy tym rzeczywiście potrafią dać czadu. Niestety, kariera przyjaciółek nie rozwija się najlepiej. Swego czasu kapela wylansowała hit Creators’ Creation i zdobyła tytuł „metalowej grupy roku”, lecz sukces nie trwał wiecznie. Nowych przebojów póki co brak. Co gorsza, menedżer zniknął z pieniędzmi zarobionymi w okresie największej popularności Deadly Lullabyes. Pomimo kiepskiej sytuacji dziewczyny nadal grają i tworzą kolejne utwory z nadzieją na odwrócenie złego losu. Pewnego dnia otrzymują wiadomość, która zdaje się być upragnionym światełkiem w tunelu. Seksowne panny zostają zaproszone na festiwal, nazwany na cześć słynnego singla zespołu. Czy ktoś na ich miejscu długo zastanawiałby się nad przyjęciem podobnej oferty? Nie. Tak więc podekscytowane kobiety czym prędzej wyruszają w podróż. Pech chce, że po drodze przydarza im się wypadek. Kiedy liderka grupy Alyssa odzyskuje przytomność, zauważa brak koleżanek. Szukając Cassandry i Sahary, odkrywa, iż znalazła się na terenach wypełnionych przez stworzenia rodem z opowieści grozy (np. kościotrupy, zombie czy gigantyczne pająki). Na dodatek, wszystko podejrzanie kojarzy się z przebojem Creators’ Creation. Szykuje się interesująca przygoda…





No właśnie, powinno być ciekawie. Chociaż nie liczyłam na ósmy cud świata, spodziewałam się w miarę solidnej roboty w przypadku scenariusza. Tymczasem spotkało mnie rozczarowanie. Wprawdzie twórcom udało się zanurzyć perypetie Alyssy w specyficznej, tandetnej atmosferze, lecz efekt ich pracy intryguje tylko w początkowej fazie rozgrywki. Zainteresowanie ustępuje wkrótce pola znużeniu, ponieważ fabuła sprawia wrażenie wymyślonej na poczekaniu. Z jednej strony, rozumiem, że kino klasy B nie serwuje wielowątkowych opowieści. Z drugiej, seans filmowy prawie zawsze trwa krócej niż zaliczenie gry video. W trakcie poszukiwań zagubionych członkiń Deadly Lullabyes, często snułam się po zamieszkałym przez umarlaków świecie, zastanawiając się po co w ogóle wykonuję niektóre czynności. Moje marudzenie nie oznacza jednak, że spisuję warstwę fabularną The Rockin’ Dead na całkowite straty. Największą zaletą scenariusza okazały się nawiązania do filmów, gier, zespołów muzycznych itp. W związku z tym warto dokładnie przyglądać się otoczeniu, a także wyczerpywać wszystkie tematy rozmów. Za swego rodzaju plus należy też uznać sam fakt ukłonu w stronę kiczowatych filmów. Ponadto natkniemy się na parę humorystycznych momentów, aczkolwiek nie reprezentują one zbyt wysokiego poziomu ani nie wywołają spazmów śmiechu.



Nawet ostra dziewczyna potrzebuje pomocnej dłoni



Liderka metalowej formacji nie należy do kobiet, które załamują się w obliczu problemów. Zamiast rozpaczać czy brać nogi za pas, śmiało wyrusza na ratunek przyjaciółkom. Będąc bohaterką gry komputerowej, do osiągnięcia sukcesu potrzebuje oczywiście naszego przewodnictwa. Przemieszczanie postaci odbywa się przy użyciu lewego przycisku myszy. W tym miejscu muszę skrytykować powolny chód Alyssy. Na szczęście, istnieje opcja szybkiego opuszczania lokacji przy pomocy prawego przycisku gryzonia. Oprócz tego, w dalszej części przygodówki napotkamy portale, umożliwiające podróże pomiędzy oddalonymi od siebie planszami. Co prawda, powinny pojawić się nieco wcześniej i w większej ilości, ale kilka razy usprawniły poruszanie się na terenie cmentarza oraz jego okolic. Za sprawą zmieniającego formę kursora, interakcja z aktywnymi punktami nie wzbudza żadnych wątpliwości. Ekwipunek mieści się w dolnej części ekranu, podobnie jak w wielu produkcjach point’n’click. Małe zastrzeżenie mam wobec otwierania i zamykania zawartości inwentarza, ponieważ dokonamy tego poprzez kliknięcie specjalnej ikony. Moim zdaniem, przydałoby się dodać stosowny klawisz skrótu, co wpłynęłoby na wygodę użytkowania plecaka. Za to bardzo ciekawie rozwiązano łączenie przedmiotów wewnątrz ekwipunku. Jeżeli najedziemy jednym obiektem na drugi, prawidłowa kombinacja zostanie zademonstrowana w formie obrazkowego działania matematycznego.





Z jakimi wyzwaniami zmierzymy się wraz z dzielną Alyssą? Gros zadań opiera się na zbieraniu przedmiotów, a następnie wykorzystywaniu ich we właściwych miejscach. Tzw. inwentarzówki cechują się sporą różnorodnością. Wśród zgromadzonych obiektów nie zabraknie rzeczy używanych zgodnie z ich tradycyjnym przeznaczeniem oraz takich, których zastosowanie zostanie jasno wskazane przez napotkane postaci. Inne przedmioty wymagają mniej konwencjonalnego podejścia do danej kwestii. Jako przykład przytoczę akcję zdobycia pewnej zabawki. Aby uniknąć spoilerów, ograniczę się do informacji, iż nie wystarczy standardowa wiedza na temat upodobań malutkich dzieci. Niestety, część ważnych znalezisk przez długi czas będziemy taszczyć w plecaku, zanim staniemy przed koniecznością ich użycia. Poza tym, niespecjalnie przypadło mi do gustu zbieranie ton szmelcu, czyli rzeczy, które na nic się nie przydadzą. Starsi stażem przygodówkowicze powinni kojarzyć tego typu zabieg z Jacka Orlando. Podnosząc wszystko co się da, zakładałam, że każde „trofeum” okaże się niezbędne w celu popchnięcia fabuły do przodu. Główkowanie nad ewentualnym zastosowaniem owych śmieci niepotrzebnie wydłużało czas trwania gry. Co do reszty wyzwań w The Rockin’ Dead, natrafimy tu na nieliczne i zarazem nieskomplikowane zagadki logiczne, a także zadania oparte na odpowiednim doborze kwestii dialogowych.



Jakiś babolek zawsze gdzieś się wciśnie


Niemiecka przygodówka nie należy do długich gier. Ukończenie TRD przy pierwszym podejściu zajęło mi około siedmiu godzin z dokładnym oglądaniem każdego zakamarka. Rozgrywki nie określiłabym mianem przesadnie trudnej, zwłaszcza wtedy, gdy zorientujemy się w jakich okolicznościach należy użyć znalezione przedmioty. Jednocześnie muszę zaznaczyć, że nie jest to produkcja ocierająca się o banał pod względem stopnia skomplikowania. Jak wspomniałam wcześniej, nieco krwi napsują nam nieprzydatne graty. Ponadto w trakcie eksploracji poszczególnych plansz, łatwo przeoczyć kilka istotnych punktów. Czasami można też poczuć się lekko zagubionym, ponieważ niemalże od razu dostaniemy duże połacie terenu do zwiedzenia. Niewybaczalna jest z kolei obecność błędu, uniemożliwiającego ukończenie przygody! Tuż przed finałem musimy zaszkodzić osobie, która przebywa w innej lokacji. W momencie oglądania efektu naszych działań na tamtej planszy, trzeba zignorować obecność ikony z symbolem czynności. Jeżeli tego nie zrobimy, pozostaje wczytanie wcześniejszego stanu gry.





Oferowane przez produkcję koła ratunkowe wzbudziły we mnie mieszane uczucia. Zgodnie z casualowym duchem czasu, perypetie liderki Deadly Lullabyes posiadają funkcję podświetlania hotspotów. Aktywne punkty na planszy podejrzymy poprzez wciśnięcie klawisza H lub wskazanie kursorem przycisku od podpowiedzi. Pierwszy z wymienionych sposobów jest bardziej praktyczny, ale przestaje działać, kiedy zdecydujemy się na mały wypad do systemu. Nie spodobała mi się forma ujawnienia interaktywnych elementów na ekranie, choć to akurat wiąże się z czysto estetycznymi wrażeniami. Nie wiem jak innym, lecz mnie osobiście żółte kółka skojarzyły się z twórczością powstałą dzięki aplikacji Paint. Wracając do odpowiedzialnego za wskazówki guzika, naciśnięcie go zaowocuje wyświetleniem specjalnego menu z trójstopniowym systemem pomocy. Podpowiedzi dotyczą lokacji, w której aktualnie przebywamy. Na próżno szukać więc rady, gdzie udać się w najbliższej kolejności. W zamian dostaniemy ciągle te same informacje, nawet jeśli niektóre z podanych czynności dawno mamy za sobą. Wskazówki pierwszego i drugiego stopnia są dość ogólne, podczas gdy ostatnia zawiera opis wszystkich niezbędnych akcji, wzbogacony o niepotrzebne spoilery. Wiadomo, że zawsze lepiej przejść grę samodzielnie. Niemniej jednak recenzencki obowiązek nakazuje mi odnotować uchybienia w tutejszym systemie podpowiedzi.



Wizualna tandeta



Dywagacje na temat graficznej strony przygodówki rozpocznę od głównego dania w postaci rozgrywki w trybie 3D. Nie jest to trójwymiar znany ze współczesnych kin czy z niektórych gier na konsolę PlayStation 3, lecz wiekowa już technologia anaglificzna. Niedostępna w Polsce pudełkowa wersja TRD trafiła do sprzedaży w zestawie ze specjalnymi czerwono-niebieskimi okularami. Korzystając z dystrybucji elektronicznej, należy zatem zdobyć je na własną rękę, co nie jest rzeczą nieosiągalną i nie narazi nas na wielki wydatek. Jak prezentuje się uzyskany metodą anaglifową obraz? Efekt głębi wypada całkiem przyzwoicie, aczkolwiek wybrane elementy otoczenia sprawiają wrażenie wyciętych z papieru. Szkoda tylko, że dłuższe korzystanie z okularów prawdopodobnie skończy się silnymi bólami oczu oraz głowy. W trosce o własne zdrowie, lepiej potraktować zabawę w trójwymiarze jako ciekawostkę i w ostateczności uruchamiać tę opcję sporadycznie, aby sprawdzić wygląd poszczególnych lokacji w 3D.



Niemieccy deweloperzy zdawali sobie sprawę, że nie każdego skusi perspektywa grania w kolorowych „szkłach”. Dlatego też w dowolnej chwili możemy przełączyć się na klasyczny dwuwymiarowy widok. Lokacje nie powalają pod względem wizualnym, ale nie są najgorsze. Twórcy świadomie sięgnęli po kiczowatą stylizację, wzorem tandetnych niskobudżetowych filmów. Niestety, projektowanie przygodówki pod kątem 3D nie wyszło na dobre tradycyjnemu trybowi gry. Plansze często wyglądają sztucznie, a wybrane obiekty wydają się płaskie i na siłę doklejone do otoczenia. Według mnie niepotrzebnie zdecydowano się wprowadzenie kilkupoziomowych lokacji, na wzór starych platformówek 2D typu Kapitan Pazur czy Super Mario Bros. Przemieszczając się w górę bądź w dół, Alyssa po prostu pojawia się w pożądanym miejscu w towarzystwie kolorowej poświaty. Zbędna jest także opcja przybliżenia ekranu, której użycie skutkuje ujrzeniem pikselozy.





Co się tyczy postaci, mieszkańcy upiornego uniwersum z wiadomych powodów nie grzeszą urodą. Błyszczenie na ekranie przypadło członkiniom metalowego zespołu. Do aparycji głównej bohaterki oraz jej kumpelek nie mogę się zbytnio przyczepić. Podejrzewam, że wielu mężczyzn chętnie umówiłoby się z każdą z pań. Wszystkie trzy są ładne, zgrabne i zaokrąglone tam, gdzie trzeba. Dodatkowy atut stanowią skąpe stroje, pozwalające wygłodniałym samcom popuścić wodze wyobraźni. Czar pryska, gdy nasza protagonistka zaczyna spacerować. Nie dość, że potrafi iść wyłącznie w prawo albo w lewo, to jeszcze porusza się niczym robot. Na dokładkę, Alyssa chodzi z ugiętymi kolanami, a jej biust nieustannie podskakuje. Cóż, przynajmniej wiemy, iż piersi muzykantki nie wyszły spod ręki chirurga plastycznego. Oprócz tego, młoda kobieta wykonuje lekki ukłon w momencie zatrzymania się. Z kolei na małych planszach z widokiem z góry, dziewczyna ani drgnie. Na szczęście, animacja rudzielca w trakcie przerywników filmowych nie wzbudza zastrzeżeń. Gracze płci męskiej z pewnością zwrócą uwagę na częste najazdy kamery na klatkę piersiową oraz pośladki głównej bohaterki. Za wykonanie cut-scenek twórcom należy się zresztą pochwała. Nałożono bowiem specjalny filtr, upodabniający filmiki do nagrań z celuloidowej taśmy. Pokuszono się również o zakłócenia obrazu, a w prawym dolnym rogu ekranu umieszczono odpowiedni projektor.



Brak wielkiego czadu



Skomponowana na potrzeby przygodówki muzyka to przykład dosyć poprawnej rzemieślniczej roboty, która nie zapadnie nam na długo w pamięć. W skład ścieżki dźwiękowej wchodzą zarówno rockowe kawałki, jak i spokojniejsze melodie, pełniące funkcję delikatnego tła. Jak na produkcję z zespołem muzycznym w roli głównej, po The Rockin’ Dead spodziewałam się większej liczby utworów. Bardziej postarano się przy odgłosach otoczenia. Podczas poszukiwań koleżanek Alyssy, usłyszymy realistycznie brzmiące grzmoty, ptasie trele czy nawet… beknięcie. Jeśli chodzi o angielski dubbing, zatrudnieni aktorzy generalnie dobrze odgrywają swoje role, lecz niekiedy zdarza im się przeczytać tekst z beznamiętną i zarazem nieadekwatną do danej sytuacji manierą.





Z dużej chmury mały deszcz


Przygodówka autorstwa studia Grasland Production zawitała do naszego kraju wyłącznie w wersji cyfrowej i można ją nabyć za pośrednictwem platformy muve digital. Jako że gra jest dostępna w języku angielskim, zainteresują się nią jedynie osoby, które znają mowę Szekspira. W chwili wprowadzenia tytułu do swojej oferty, sklep internetowy Muve.pl życzył sobie dość srogą sumę za perypetie rudej Alyssy. Jakiś czas temu, cena produktu została obniżona w ramach promocji, czyniąc ewentualny zakup sprawą do przemyślenia. Czy warto w ogóle sięgać po The Rockin’ Dead? Za ok. 25 zł można zagrać, ale radzę nie nastawiać się na rewelację. Mimo paru zalet niemiecka produkcja cierpi na szereg niedostatków, a tym samym na syndrom zmarnowanego potencjału. Niewątpliwie w głowach deweloperów kłębiły się całkiem fajne pomysły. Co z tego, skoro rzeczywistość nie okazała się tak kolorowa? Zamiast nieustannie błyskotliwej zabawy z kiczem, otrzymaliśmy produkt, któremu wyraźnie brakuje ostatecznego szlifu.











4,5 PLUSY:

hołd dla filmów klasy B + popkulturowe odniesienia + sygnalizowanie właściwej kombinacji w ekwpinku + dwa tryby graficzne + niezły efekt 3D + ładne dziewczyny (dla amatorów kobiecych wdzięków) + cut-scenki w formie nagrań ze starej taśmy + realistyczne odgłosy otoczenia
MINUSY:

słaby scenariusz - trochę krótka - średnio wygodne otwieranie oraz zamykanie ekwipunku - zbieranie niepotrzebnego złomu - bug, którego wystąpienie wiąże się z koniecznością wczytania wcześniejszego stanu gry - nieładne podświetlanie hotspotów - nieprzemyślany system podpowiedzi - bóle oczu i głowy po dłuższym użytkowaniu okularów 3D - sztuczny wygląd lokacji - platformowe plansze - pikseloza na zbliżeniu - animacja Alyssy w trakcie rozgrywki - przydałoby się trochę więcej melodii

autorka: crouschynca