Monkey Island Special Edition Collection - recenzja (Xbox 360)
Dodane przez crouschynca dnia 15.06.2012 13:35

Ach ci piraci! Chociaż w okresie największej świetności narobili niemało szkód, najsłynniejsi przedstawiciele tej przestępczej grupy wzbudzali jednocześnie swoisty podziw. Nawet dziś wielu dzieciom zdarza bawić się w załogę pirackiego okrętu. Natomiast w sklepach ze strojami karnawałowymi, bez problemu dostaniemy korsarskie przebrania oraz inne akcesoria. O żeglujących rozbójnikach marzył także Guybrush Threepwood, bohater gier z serii Monkey Island. Młodzieniec posunął się jednak o krok dalej ze swoją fascynacją. Jako już całkiem wyrośnięty chłopak, naprawdę chciał wieść życie morskiego wilka i siać postrach na oceanicznych wodach. Jego pragnienia nie były zresztą zupełnie bezpodstawne. Przyszło mu bowiem żyć na wyspiarskich terenach i to w czasach, kiedy piraci poczynali sobie w najlepsze. Co najważniejsze, marzenia Guybrusha na pewno opłaciły się ojcom jego przygód oraz graczom, gdyż perypetie Threepwooda na trwałe zapisały się w historii wirtualnej rozrywki.



Nazwa Monkey Island znana jest nie tylko miłośnikom przygodówek. O kultowym cyklu słyszeli też fani innych gatunków, zwłaszcza ci, którzy mają długoletnie doświadczenie w graniu. Pierwsza część sagi ujrzała światło dzienne już dość dawno temu, bo w 1990 r. Tytuł ten z miejsca podbił serca graczy, zebrał wysokie oceny w prasie branżowej i doczekał się kilku kontynuacji. Ponadto, w świecie point'n'click od czasu do czasu pojawią się kolejne mniej bądź bardziej udane próby nawiązania do sukcesu słynnej serii. Świadczy o tym powstanie takich humorystyczno-marynistycznych produkcji jak Jolly Rover czy Captain Morgane and the Golden Turtle. Jednakże bez względu na ich jakość, żadnej nie udało się zepchnąć MI z przygodowego panteonu gwiazd. Nie dziwi więc fakt, iż w ciągu ostatnich czterech lat Guybrush powrócił ze wzmożoną siłą. Ciekawi dalszych losów Threepwooda otrzymali epizodyczny sequel o nazwie Tales of Monkey Island. Z kolei dla osób, które nie miały do czynienia z cyklem lub chciałyby przypomnieć sobie jego początki przygotowano remake’i pierwszych dwóch odsłon. Zarówno odświeżona „jedynka”, jak i „dwójka” były najpierw dostępne drogą dystrybucji cyfrowej. Później przyszła również pora na pudełkowe wydanie obu części, opatrzone tytułem Monkey Island Special Edition Collection. W moim posiadaniu znalazł się taki właśnie zestaw w wersji na konsolę Xbox 360.





Jak zostać piratem



Decydując się na odnowienie najstarszych Małpich Wysp, słusznie postanowiono nie ruszać scenariusza, czyli tego, za co świat pokochał serię. Jak napisałam we wstępie, przygodówki te pozwalają pokierować poczynaniami śniącego o awanturniczym żywocie Guybrusha Threepwooda. W pierwszej części pt. The Secret of Monkey Island, młodzieniec dopiero rozpoczyna realizację śmiałych planów. Przy okazji na swojej drodze napotka panią gubernator Elaine Marley, która przyprawi go o mocniejsze bicie serca. Jako że pozytywne postaci nie mogą obyć się bez czarnych charakterów, twórcy nie zapomnieli o wprowadzeniu antagonisty naszego bohatera. Rola głównego przeciwnika przypadła nieumarłemu piratowi LeChuckowi. Ów osobnik powraca zresztą w kolejnych odsłonach cyklu. W Monkey Island 2: LeChuck’s Revenge, ponownie stawimy więc czoła demonicznemu piratowi. Nadrzędnym celem Threepwooda będzie zaś znalezienie skarbu Big Whoop.



Tak oto w skrócie przedstawia się fabuła przygodówek. Nie będę zdradzać zbyt wielu szczegółów, żeby nie popsuć nikomu olbrzymiej przyjemności płynącej z samodzielnego odkrywania uniwersum Monkey Island. Losy Guybrusha wciągają od pierwszej do ostatniej minuty i zaliczają się do najlepszych opowieści o wilkach morskich. Nie mam tutaj na myśli wyłącznie gier video, lecz także literaturę oraz kino. Znakiem rozpoznawczym cyklu jest przede wszystkim humor, który wprost wylewa się z ekranu. Co chwila natkniemy się na komiczne, niekiedy dość absurdalne sytuacje. Bohaterów obdarzono dużą charyzmą oraz rozweselającymi odbiorców cechami. Młody Threepwood nie zdaje sobie sprawy z braku predyspozycji do bycia zabijaką i uporczywie brnie ku realizacji odważnych planów. LeChuck również wywołuje uśmiech na naszych twarzach mimo piastowania funkcji głównego przeciwnika. Jako przykład wystarczy podać sytuacje, kiedy jego wypowiedziom towarzyszy deszcz śliny. Natomiast na drugim planie błyszczy m.in. odziany w kraciastą marynarkę handlarz Stan, który bez przerwy macha rękoma. Na pochwałę zasługują też przezabawne dialogi, choć najbardziej docenią je osoby dobrze znające język angielski. Innym komicznym aspektem MI są popkulturowe odniesienia. Zastrzeżenia mam tylko odnośnie jednej rzeczy, a mianowicie do finału drugiej odsłony. Co prawda, zakończenie sequela zaskakuje i opiera się na zabawnym nawiązaniu do pewnego dzieła kinematografii, ale wydaje mi się zbytnio przekombinowane.





Zagadkowy oldschool


Zagadki to drugi, obok fabuły, niezmieniony element odrestaurowanych przygodówek. Kto zatem zna obie gry na wylot, szybko poczuje się jak w domu i nie będzie miał problemów z ponownym ich ukończeniem. Oczywiście nie oznacza to, iż zaliczenie produkcji można uznać za przysłowiową bułkę z masłem. Wprawdzie przygody Threepwooda dostarczą wielu przyjemności, ale postawione przed graczem wyzwania reprezentują staroszkolny typ rozgrywki. Pod względem poziomu trudności, każda z gier różni się od większości współczesnych produkcji, które zwracają się w stronę niedzielniaków. Nawet w przypadku zadań inwentarzowych trzeba liczyć się z koniecznością szukania mniej lub bardziej abstrakcyjnych rozwiązań. Te z kolei są na swój sposób logiczne, lecz musimy przestawić się na dość niekonwencjonalny tok myślenia i podejść do wszystkiego z przymrużeniem oka. W MI nie zabrakło też nieco frustrujących fragmentów, które wymagają od odbiorców zręcznych palców oraz szybkiej reakcji. Co się tyczy zalet, The Secret of Monkey Island zasłynęło oryginalnymi pojedynkami, gdzie tak naprawdę liczy się cięty język zamiast biegłego władania orężem. Trochę szkoda, że w LeChuck’s Revenge zabrakło tego rodzaju starć. Druga Małpia Wyspa nadrabia za to większym stopniem skomplikowania w stosunku do pierwszej części. Pomimo tego, mniej doświadczeni gracze nie powinni zrażać się do losów sympatycznego Guybrusha, gdyż w dobie powszechnej casualizacji pomyśleli o nich również ludzie pracujący nad remake’ami MI. Otóż każda z gier zawiera trzystopniowy system wskazówek, zaś sequel zawiera dodatkowo opcję podświetlania aktywnych punktów na planszy.



Konsolowa obsługa



Zwolennicy pecetowych strzelanin często patrzą krytycznym okiem na konsolowe gry FPS, głosząc wyższość klawiatury i myszy nad padem. Podobną sytuację możemy zaobserwować w środowisku zwolenników przygodówek point’n’click. Jak wiadomo, tego typu rozgrywka nieodłącznie kojarzy się z poczciwym gryzoniem. Ja także uważam, iż w tradycyjnych grach przygodowych najlepiej sprawdza się myszka. Niemniej jednak nie neguję istnienia mojego ulubionego gatunku na platformach, gdzie sterowanie odbywa się przy użyciu innych urządzeń. Jak więc spisują się Xboxowe wcielenia pierwszych dwóch Małpich Wysp? Generalnie obsługę obu pozycji uważam za w miarę przyzwoitą, lecz na początku trzeba się do niej przyzwyczaić. W The Secret of Monkey Island przemieszczanie postaci nie sprawia żadnych trudności i odbywa się tak jak w komputerowych point’n’clickach z tą różnicą, że kursor zmienia położenie dzięki gałkom gamepada. Po zatwierdzeniu punktu docelowego odpowiednim przyciskiem, Guybrush uda się w wybranym przez nas kierunku. Do inwentarza dostaniemy się przy użyciu prawego spustu, zaś lewy służy do wyświetlania menu z listą czynności. Korzystanie z owego okna nie należy do najwygodniejszych, ale według mnie wina nie leży po stronie kontrolera tylko samego interfejsu. Nieco szybszym sposobem wydaje się wybieranie czynności za pomocą krzyżaka, lecz opcja ta również nie zapewnia stuprocentowego komfortu. Jednakże tutaj zawodzi pad Microsoftu. Problem tkwi bowiem w przypisaniu aż ośmiu poleceń pod kierunki niewielkiego krzyżaka. Pomimo posiadania małych dłoni, parę razy wybrałam niewłaściwą komendę. Łatwo się zatem domyślić, iż osoby o dużych palcach mogą mieć więcej kłopotów z precyzyjnym wskazaniem pożądanej akcji.





Jeżeli chodzi o Monkey Island 2, twórcy proponują dwa sposoby poruszania się po świecie gry. Pierwszy to znane z „jedynki” przesuwanie kursora zgodnie z zasadą „wskaż i kliknij”. Drugą opcję stanowi sterowanie ręczne, w ramach którego postać przemieszcza się wraz z ruchem lewej gałki. Niestety, nowe rozwiązanie jest mniej wygodne, aczkolwiek doceniam pomysł pozostawienia graczom możliwości wyboru. Na pewno pozytywne zmiany zaszły na płaszczyźnie interfejsu za sprawą usunięcia okna z listą poleceń. Dzięki temu operowanie zawartością plecaka przebiega trochę sprawniej. Natomiast wskazanie i zatwierdzenie aktywnego punktu na planszy skutkuje wyświetleniem ikon symbolizujących różne czynności, z czym zetknęliśmy się chociażby w The Whispered World. Oprócz tego, omawiając obsługę Małpich Wysp, muszę jeszcze zwrócić uwagę na pewną rzecz. Mimo że w remake’ach ekwipunek oraz menu z listą komend nie wyświetlają się w dolnej części ekranu, obecny w pierwotnych wersjach interfejs SCUMM nie przepadł w mrokach niepamięci. Wystarczy nacisnąć odpowiedni guzik, aby przełączyć się na tryb klasyczny. Odbędziemy wówczas podróż w przeszłość i spotkamy się ze sterowaniem oraz oprawą audio-wizualną ze wczesnych lat dziewięćdziesiątych.



Nowe opakowanie



Poprawiona warstwa wizualna jest tym, co od razu rzuca się w oczy po odpaleniu specjalnych edycji przygodówek. Na szczęście, odpowiedzialna za lifting ekipa nie poczyniła radykalnych kroków w rodzaju pełnego trójwymiaru. Obie części zostały wykonane w klasycznym stylu 2D, który łączy w sobie nowoczesność z wiernością dawnemu wyglądowi gier. Odrestaurowana oprawa graficzna upodabnia remake’i do malowanego farbami komiksu. Postaci oraz lokacje cechuje kreskówkowa umowność, lecz jednocześnie odznaczają się głębią koloru, spotykaną m.in. w szczegółowo ilustrowanych baśniach. Chociaż z przyjemnością patrzyłam na każdą z odświeżonych odsłon cyklu, bardziej spodobała mi się „dwójka”. Sequel przykuł mój wzrok bogatszą paletą kolorystyczną, która idealnie podkreśla klimat przemierzanych plansz. Przykładowo ognisko w początkowej partii MI2 dosłownie zaprasza gracza do ogrzania się ciepłem płomieni. Co prawda, animacja bohaterów nie rzuca na kolana, ale da się ją przeżyć dzięki komiksowej konwencji całości. Muszę też zaznaczyć, iż została ona bardziej dopracowana w LeChuck’s Revenge. Dodam jeszcze, iż niekiedy lekko szwankuje perspektywa. Zauważyłam to w kilku momentach drugiej części przygód Threepwooda. Guybrush wydał mi się wtedy zbyt mały bądź za duży w stosunku do otoczenia.





Metamorfozie uległa także dźwiękowa strona obu odsłon Monkey Island. Przede wszystkim dialogi możemy teraz nie tylko przeczytać, ale i posłuchać. Do angielskiego voice-actingu nie mam żadnych zastrzeżeń, ponieważ lektorzy wykonali kawał profesjonalnej roboty. Fanów cyklu z pewnością ucieszy zatrudnienie aktorów, których poznaliśmy w trzeciej i zarazem pierwszej zdubbingowanej części sagi o nazwie The Curse of Monkey Island (1997 r.). Co więcej, specjalna edycja „dwójki” posiada opcję zachowania głosów w wersji z 1991 r. Ponadto odnowione perypetie Guybrusha zostały wzbogacone o realistyczne odgłosy otoczenia, np. piłowanie czy harmider w barze. Z kolei znane i lubiane przez miłośników serii melodie nagrano tym razem z udziałem żywych instrumentów. Wprawdzie utwory muzyczne z MI wpadały w ucho już na początku lat dziewięćdziesiątych, lecz możliwości współczesnych komputerów pozwalają im jeszcze bardziej rozwinąć skrzydła.



Dodatki



Z jednej strony, materiały bonusowe nie należą do elementów, których brak obniża wartość gry video. Z drugiej, obecność dodatków zawsze cieszy, a w konsekwencji pozytywnie wpływa na odbiór danego produktu. Dobrze więc, że odnowione przygody Guybrusha nie prezentują się ubogo pod względem suplementów. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, iż dla sporej części miłośników serii, już samo istnienie remake’ów stanowi swoisty bonus w pozytywnym znaczeniu tego słowa. Co konkretnie mają do zaoferowania nowe wcielenia obu Małpich Wysp? Na tym polu wyróżnia się LeChuck’s Revenge. Oprócz trybu klasycznego, kontynuacja zawiera bowiem użyte przy opracowywaniu gry grafiki, a także umożliwia włączenie w trakcie rozgrywki komentarzy twórców cyklu. Do gustu przypadł mi zwłaszcza ostatni z powyższych bonusów, gdyż wypowiedzi Rona Gilberta, Dave’a Grossmana i Tima Schafera zostały nagrane w formie zabawnych anegdot, tudzież kumplowskich wspomnień. Poza tym, skoro recenzuję zbiorcze wydanie dwóch tytułów, nie mogę pominąć dodatków zwiększających atrakcyjność kolekcji. W skład owych materiałów wchodzą: kompletne ścieżki dźwiękowe do odsłuchania oraz galeria szkiców koncepcyjnych z obu przygodówek i nigdy nie zrealizowanego filmu animowanego na podstawie cyklu.





Must have



Dlaczego warto nabyć Monkey Island Special Edition Collection? Jeżeli weźmiemy pod uwagę czysto praktyczne powody, zdecydowanym plusem tego wydania jest umieszczenie dwóch gier na jednym nośniku. Co najważniejsze, obie cieszą się statusem tytułów kultowych. W tym miejscu wyłania się kolejny argument, który przemawia za kupnem omawianego przeze mnie kompletu. Taki zestaw to niewątpliwy rarytas w kolekcji każdego szanującego się gracza. Oczywiście posiadacze pudełkowej edycji Małpich Wysp nie powinni ograniczać się do ustawienia jej na półce, tylko czym prędzej wrzucić płytę do napędu i zagłębić się w świat Guybrusha. Pierwsze dwie części przez wiele osób uznawane są za najdoskonalsze odsłony cyklu, a także za jedne z najlepszych przygodówek w ogóle. Mówiąc krótko, te gry po prostu trzeba znać.











9 PLUSY:

fabuła + humor + charyzmatyczne postaci + pojedynki z „jedynki” + wymagające zadania zadowolą hardcorowców + mniej zaawansowanych graczy ucieszą podpowiedzi i podświetlanie hotspotów (w MI2) + sterowanie point’n’click + interfejs w remake’u „dwójki” + odświeżona grafika + możliwość przełączenia na pierwotną oprawę wizualną + muzyka + angielski dubbing + odgłosy otoczenia + materiały dodatkowe + dwie części na jednej płycie
MINUSY:

przekombinowane zakończenie MI2 - czasówki i zręcznościówki - taki sobie interfejs w odświeżonej „jedynce” - umieszczenie wielu komend pod krzyżakiem pada w MI1 - drobne problemy z perspektywą

autorka: crouschynca