Dragonsphere - recenzja
Dodane przez crouschynca dnia 07.06.2011 23:15

Jakkolwiek dziwnie by to zabrzmiało, czasami nawet zapach naftaliny może wydać się ożywczy. Dlatego też ludzie sięgają po stare filmy oraz klasykę literatury pięknej. Owa tęsknota za przeszłością niejednokrotnie odzywa się również w sercach graczy, skłaniając ich do zaznajomienia się z leciwymi produkcjami. W ostatnim czasie i mnie dopadło to uczucie, bo jakże inaczej powinnam podsumować fakt, iż naszła mnie ochota na zagłębienie się w świat Dragonsphere, przygodówki z 1994 roku? Pozostaje jeszcze odpowiedź na pytanie, czy gra była tego warta?



Dragonsphere powstał pod skrzydłami studia MicroProse. Pierwsza połowa lat dziewięćdziesiątych, kiedy to owa produkcja ujrzała światło dzienne, kojarzy się przede wszystkim z hegemonią innych firm w sektorze przygodówek. Do takich gigantów bezsprzecznie należała wtedy Sierra Entertainment. Wśród jej ówczesnych osiągnięć figuruje bowiem m.in. kontynuowanie uznanej serii King’s Quest, a także wprowadzenie nowej marki w postaci kultowego dziś Gabriela Knighta. Za silnego zawodnika trzeba również uznać LucasArts, który pokazał światu choćby przezabawną Małpią Wyspę. Mimo, iż MicroProse nie odznaczył się tak, jak powyższe studia, to zostawił swój ślad w gatunku gier przygodowych, czego dowodem jest recenzowany przeze mnie tytuł.



Uratuj świat i …?



Gra przenosi nas do fikcyjnego królestwa Callahach, gdzie, 20 lat przed właściwą akcją, udało się powstrzymać złego czarnoksiężnika o imieniu Sanwe. Niestety nie został on ostatecznie wyeliminowany, lecz jedynie uwięziony. Co więcej, coraz bliżej mu do uwolnienia się z magicznych okowów. W tym momencie z pewnością każdy zdążył się już domyślić, iż zadanie pokrzyżowania szyków Sanwe przypadnie nam, graczom. Natomiast ja dodam jeszcze, że tej jakże zaszczytnej misji podejmiemy się w skórze Callasha, niedawno koronowanego króla owej krainy. Twórcy podążyli zatem śladem klasycznej opowieści fantasy, w której główny bohater musi uratować świat i pokonać niebezpieczny czarny charakter. Na szczęście ludzie z MicroProse zdołali uniknąć fabularnej sztampy dzięki zastosowaniu interesującego zwrotu akcji. Bez obawy! Nie zdradzę na czym on polega. Pragnę tylko zakomunikować, że jego obecność w dużym stopniu wzbogaca całą historię.





Mogłoby się zatem wydawać, że otrzymaliśmy wręcz mistrzowsko poprowadzony scenariusz, który idealnie łączy utarte schematy z nowymi rozwiązaniami. Tak się jednak nie stało. Ogólnie wszystkie elementy stoją na przyzwoitym poziomie, ale odniosłam wrażenie, iż drzemiący w tej historii potencjał nie został należycie wykorzystany. Według mnie zabrakło tego „czegoś”, co pozwoliłoby całkowicie wczuć się w klimat opowieści oraz zżyć z głównym bohaterem. Kierowana przez nas postać działa w słusznej sprawie i wzbudza sympatię, lecz nie aż tak dużą, aby przejąć się jej losami. Na swojej drodze Callash natknie się ponadto na liczną rzeszę najprzeróżniejszych osobników. Nierzadko reprezentują oni odmienne rasy. Napotkamy m.in. ptakopodobne stwory oraz wróżki, przypominające wyrośniętego Dzwoneczka z bajki o Piotrusiu Panie. Szkoda tylko, że wśród drugoplanowych postaci zabrakło takich bohaterów, którzy zapadliby na dłużej w pamięć.



Pomyśl i nie daj się zabić



Rozpoczynając naszą przygodę, zostaniemy postawieni przed wyborem jednego z dwóch dostępnych poziomów trudności. Wprowadzenie takiej opcji należy uznać za zaletę, ponieważ w ten sposób gra automatycznie zostaje skierowana do większej liczby odbiorców. Jednak nawet rozgrywka dla tzw. nowicjuszy nie zahacza o banał. Dlatego też w porównaniu z wieloma współczesnymi produkcjami, Dragonsphere może okazać się sporym wyzwaniem również na niższym poziomie trudności. Starzy wyjadacze powinni być więc w siódmym niebie, oczywiście o ile jeszcze z tym tytułem nie mieli do czynienia. A jak w ogóle przedstawia się sprawa zadań, jakim musimy podołać? Otóż rozgrywka polega głównie na przeprowadzaniu wielu rozmów, rozwiązywaniu zagadek logicznych oraz dokładnym przeczesywaniu lokacji w poszukiwaniu przydatnych przedmiotów, które następnie wykorzystamy w odpowiednich miejscach. Samo wychwycenie ważnych obiektów na poszczególnych planszach wymaga sporej spostrzegawczości. To po prostu powrót do starych, (nie)dobrych czasów, kiedy tryumfy święciło „polowanie na piksele”. Zagadki są zazwyczaj wymagające i często trzeba się przy nich porządnie nagłowić. Warto również zaznaczyć, iż napotkane tu wyzwania cechuje duża różnorodność. Obok nauki obcego języka natrafimy np. na minigierkę, w której odgadujemy kolor wylosowanego klejnotu licząc jedynie na… łut szczęścia. Poza tym, w grze można zginąć i to niejeden raz. Pomimo tego śmierć bohatera nie wywołuje większych frustracji, ponieważ w takiej sytuacji zostajemy cofnięci do punktu tuż przed feralnym zdarzeniem bez potrzeby wczytywania wcześniejszego zapisu.






Rozległy świat gry przemierzamy z myszką w dłoni. Poruszanie się można sobie ułatwić na pewne sposoby. Jednym z nich jest opcja skorzystania ze znajdującego się w naszym ekwipunku pierścienia, dzięki któremu w dowolnym momencie przeniesiemy się przed królewski zamek. Oprócz tego istnieje też możliwość przyspieszonego przemieszczenia postaci za pomocą spacji. Interfejs jest dość rozbudowany i nie należy do najbardziej czytelnych, ale da się z nim w miarę szybko „zaprzyjaźnić”. W dolnej części ekranu widzimy kolejno (licząc od lewej strony): polecenia służące do interakcji z elementami otoczenia („porozmawiaj”, „weź”, „daj”, „rzuć” itd.), listę rzeczy wchodzących w skład naszego ekwipunku, okienko z wizerunkiem aktualnie wybranego przedmiotu z inwentarza oraz spis czynności związanych wyłącznie z widniejącym obok obiektem. Naciśnięcie klawisza ESC przenosi nas do menu, gdzie znajdziemy takie opcje jak zapisanie i wczytanie stanu gry, ustawienia, a także podgląd bieżącego wyniku (nasze postępy liczone są w systemie punktowym).



Jak w starym kinie



Co do wizualnej strony Dragonsphere, ze zrozumiałych względów nie wywołuje on takiego wrażenia jak współczesne produkcje. Grafika generalnie nie odbiega od obowiązujących w tamtych czasach standardów i w momencie premiery nie oferowała pod tym względem żadnej rewolucji. Być może niektórzy odbiją się od tej produkcji z powodu wszechobecnej pikselozy, ale jeżeli przymkniemy oko na ów wynikający z upływu lat mankament, dostrzeżemy zalety drzemiące w oprawie wizualnej Dragonsphere. Przede wszystkim, podobnie jak w przypadku postaci, twórcom nie można odmówić braku wyobraźni obserwując obecne w grze lokacje. Zaserwowano nam przekrój przez różnego rodzaju miejsca, poczynając od typowo średniowiecznego zamku, poprzez bajkową krainę wróżek, a kończąc na spalonych słońcem piaskach pustyni.






Hity ze zdartej płyty



Skomponowana na potrzeby Dragonsphere muzyka przypomina dźwięki ze starego automatu. Z jednej strony gra ma swoje lata, z drugiej – już wtedy istniały produkcje, których warstwa muzyczna stała na wyższym poziomie niż to, co dane nam jest usłyszeć podczas przygód króla Callasha. Jako przykład wymienię chociażby Gabriel Knight: Sins of the Fathers oraz pierwszą odsłonę sagi Myst. Kolejny zarzut względem ścieżki dźwiękowej dotyczy niewysokiej wartości artystycznej przygrywających w trakcie rozgrywki utworów. Melodie, które towarzyszą naszym zmaganiom, w ogóle nie wpadają w ucho. Z czasem zaczęły mnie wręcz irytować i ostatnimi resztkami dobrej woli hamowałam się przed wyłączeniem dźwięku. Natomiast jeżeli chodzi o angielski dubbing, zatrudnieni lektorzy wymawiają swoje kwestie wyraźnie, ale z przesadną manierą – tak jakby aż nadto chcieli wczuć się w powierzone im role. W efekcie wypadli jeszcze bardziej sztucznie. No cóż, nadgorliwość nie zawsze się opłaca…



Słowem podsumowania



Nie uważam czasu poświęconego Dragonsphere za stracony. Owszem gra ma pewne wady, a nawet potrafiła zawieszać się na moim sprzęcie (choć ten problem nie musi występować na każdym komputerze). Mimo wszystko historia króla Callasha dostarczyła mi paru przyjemnych chwil. Nie sądzę jednak, abym zechciała kiedyś do niej wrócić. Nie jest to tzw. „perła” na poziomie Gabriela Knighta czy innych przygodowych klasyków, lecz po prostu przyzwoity tytuł, któremu warto dać szansę. Zaryzykować nigdy nie zaszkodzi, tym bardziej, że Dragonsphere można obecnie pobrać za darmo ze strony GOG.com. Mnie osobiście produkcja ta wciągnęła w umiarkowanym stopniu, ale kto wie, jakie wrażenie wywrze na Was?











6 PLUSY:

dobrze poprowadzony scenariusz...
+ ciekawy zwrot akcji
+ dużo postaci
+ różnorodne lokacje
+ rozmaite wyzwania
+ śmierć głównego bohatera nie prowadzi do wczytania wcześniejszego stanu gry
MINUSY:

...jednak nie aż tak dobrze, aby zapamiętać grę na dłużej
- brak charyzmatycznych bohaterów
- słaba oprawa muzyczna
- drewniany dubbing
- zawieszanie się gry

autorka: crouschynca