Back to the Future: The Game - recenzja
Dodane przez Kami dnia 07.07.2012 03:27

O nie, kolejna gra na podstawie filmu, kolejne epizody od Telltale. Po Jurassic Park: The Game długo zabierałam się do następnej tego typu produkcji. Snułam okropne przypuszczenia i oczekiwałam najgorszego. W końcu jednak przemogłam się i co dostałam? Coś, czego nigdy bym się nie spodziewała.



Back to the Future logo


Początkowo, dość oryginalnie przywitało mnie zwykłe okno z wyszczególnionymi epizodami. Każdy włącza się osobno, więc mamy bardziej poczucie rozpoczynania i kończenia poszczególnych części gry, a nie tylko przechodzenia do dalszych „kawałków” w menu (jak jest w przypadku Jurassic Park). Zaczynając rozgrywkę możemy też wybrać, czy chcemy dostawać powiadomienia o aktualnych zadaniach Marty’ego.



Zaraz po tym znajdziemy się na znajomym parkingu, gdzie doświadczymy prawie że identycznej sceny z początku pierwszego filmu. Wydarzenia jednak potoczą się trochę inaczej, ostatecznie przenosząc nas sześć miesięcy później, bez profesora ani DeLoriana. Wcielimy się w Marty’ego, któremu wydaje się, że odwiedza dom profesora po raz ostatni. Pół roku nieobecności Doc’a przyczyni się do sprzedaży majątku przez bank. Niespodziewanie jednak pojawi się DeLorian z psem Einsteinem w środku i będziemy musieli ustalić, o jaki okres czasu musimy się przenieść, aby odnaleźć doktora.



Back to the Future episode 1          Back to the Future episode 2

Back to the Future episode 3          Back to the Future episode 4

Back to the Future episode 5


Film Interaktywny


Od dłuższego już czasu krąży po branży gier określenie „film interaktywny”. Oznacza ono, że gracz bardziej niż grać – grę ogląda. A co to za frajda? Pewnie, zawsze chciałoby się znaleźć w świecie ulubionego filmu, ale po to aby przeżywać to samo co bohaterzy, a nie oglądać wydarzenia na ekranie, co jakiś czas wstukując sekwencję klawiszy. W dodatku takie gry często posiadają jakieś elementy zręcznościowe (jeśli nie zalicza się już do nich szczególnie wymagających QTE), więc trudno je w pełni nazwać przygodówką. Budzą więc wiele kontrowersji, bo prawie całkowicie zacierają granice gatunku.



Natomiast przy Back to the Future siadam do niepozornej gry, o której szczególnie głośno nie było, poza tym że jest oparta o historię filmową. To już zbyt dobrze nie wróży, bo dobre gamifikacje można policzyć na palcach jednej ręki (jeśli w ogóle). Jakie więc było moje zdziwienie kiedy przywitała mnie gra, w której poczułam się jak w filmie. Nie jestem jakąś szczególną fanką serii, filmy owszem oglądałam i to kilkukrotnie, ale bardziej dlatego, że były akurat w telewizji i że to taki klasyk. Jednak wszystko co przywitało mnie w grze, obudziło moje zamglone wspomnienia i ponownie powróciło do przyszłości. To znaczy przeszłości. Od dźwięków, poprzez głosy głównych postaci, do jakże charakterystycznego wyglądu bohaterów i humoru całej serii. To wszystko umieściło mnie w atmosferze znanej z sagi, ale samo poczucie bycia w filmie daje mechanika gry. Dosłownie chodzimy po mieście Hill Valley, ponieważ lokacje są przestrzenne (nie mylić z przestronne), a kamera umieszczona tak, by cały czas mieć wrażenie kadru filmowego. To się nazywa interaktywny film! W dodatku nie uświadczymy tam QTE, czy innych kompromisów utrzymujących akcję, bo Back to the Future to przygodówka do szczętu! Nawet w sytuacjach kiedy zrobi się gorąco, będziemy mogli spokojnie zrozumieć co mamy zrobić, zbadać cały teren i wykonać zadanie w swoim czasie. Jak to w przygodówce powinno być!



Back to the Future: The Game episode 2


Gumowa kaczka z plastrem? Nie było w rekwizytach.


Zagadki i zadania są zrobione dokładnie tak, jak można by się tego spodziewać w filmie. Są logiczne i nie wymagają sześciu różnych przedmiotów znalezionych w różnym czasie na chodniku, połączonych potem w inwentarzu. W większości będziemy używać rzeczy, które akurat co zdobyliśmy i które później szybko porzucimy. Co prawda nie uświadczymy typowych łamigłówek logicznych, ale hey, czy gdzieś w filmie Marty włamywał się do krypty w ściekach, albo musiał poskładać pocztówkę? Nie. Dlatego nie odczujemy żadnych braków przy zagadkach, bo będziemy przeżywać przygodę tak, jak mogłaby być ona przeżyta w prawdziwym życiu. No… w prawdziwym filmie i nie stracimy satysfakcji z ich rozwiązania.



Jeśli jednak wasz mózg nie jest tak logiczny i wolicie abstrakcyjne zagadki, przy których ja się z kolei gubię – nie ma zmartwienia. W grze zawarty jest system kilkustopniowych podpowiedzi, z którego możemy korzystać tyle, ile będziemy uważać za słuszne. Bardzo lubię tego typu rozwiązania. Czasami wystarczy tylko lekki szturchaniec aby trafić na właściwe tory, a posiłkując się solucją często możemy nieumyślnie popsuć sobie następny kawałek gry. Ciekawe czy zaimplementowanie takiego rozwiązania wyszło od wydania przez Telltale Hectora (studia Straandlooper), gdzie również mieliśmy podobny system. Panuje era casualowców – takie systemy na pewno zapobiegają porzuceniu gry na początku rozgrywki.



Back to the Future: The Game episode 3



Świat przedstawiony


Telltate nie ma albo budżetu, albo dobrych artystów od modeli i tekstur aby robić realistyczne gry wideo. Z resztą takie gry przeważnie dzielą się na dobre i w porządku, z czego te w porządku stanowią jakieś 85% wszystkich produkcji i często zlewają się ze sobą w szarej masie. Po samej fabule i sposobie przedstawienia gry można już stwierdzić, że Back to the Future było tworzone z pomysłem i przez ludzi, którzy wiedzieli co robią. Dlatego nic dziwnego, że przy całym entuzjazmie mierzyli siły na zamiary. Efektem jest grafika komiksowa. Prosty zabieg, a ile taka gra na tym zyskuje! Szczerze mówiąc po prostu nie mam się tu czego przyczepić (a grafiki czepiam się zawsze). Cały klimat gry, sprawia że przydługie ręce Marty’ego i sposób chodzenia tak luzacki, że aż przypominający czasami Neverhooda, zwyczajnie tam pasują.
Nie musimy mrużyć oczu i udawać, że brzydka trójwymiarowa postać bardzo pasuje do renderowanego tła (ech, Kapitan Morgane). Tutaj wszystko współgra i jest jednolite, co tylko jeszcze bardziej przyczynia się do filmowego wrażenia. Nic nie psuje nam odbioru całości.




Back to the Future: The Game episode 4



Opakowanie


Interface składa się z czterech przycisków na ekranie. Jeden po lewej z aktualnym zadaniem Marty’ego i trzy po prawej z kolejno ekwipunkiem, podpowiedzią i opisem fabuły w danym momencie. Nic niezwykłego, za to sterowanie prezentuje się już bardziej oryginalnie. Można wybrać opcję strzałek do poruszania się i myszy przy obiektach interaktywnych, ale można też poruszać się za pomocą myszy wciskając LPM i przeciągając w pożądanym kierunku. Wcześniej wspomniałam już, że kamera jest zaczepiona tak, aby stworzyć wrażenie filmowego kadru, a to oznacza, że dość często będziemy zmieniać kąt widzenia. Rodzi to problem w płynnym sterowaniu. Nie potrafię nawet zliczyć ile razy spadałam z wysokości w takich przypadkach w Tomb Raiderze czy Assassin’s Creed, bo po zmianie kamery nie wiedziałam która strzałka odpowiada temu, co ja widzę w prawo, czy do przodu. Byłam więc nieco zaniepokojona, biorąc pod uwagę, że biegnąc w jednym kierunku z cały czas wciśniętym LPM co chwila znajdowałam się w zasięgu innej kamery i w rezultacie biegłam już w zupełnie inną stronę. Gra jednak dobrze sobie radzi, Marty gubił mi się w kierunkach tylko trzy razy, co na ok. dziesięć godzin grania stanowi naprawdę niewiele.



To co jednak było dla mnie głównym minusem w grze, to zbyt małe lokacje. Porównując do klasycznych przygodówek można by powiedzieć, że lokacje są ogromne, ale to nie jest taka standardowa gra. Znajdujemy się w pseudo-otwartym świecie, gdzie dróg na drugą stronę skweru mamy kilka, dlatego też zawiodło mnie, że tak naprawdę znajdujemy się w dość dużej klatce. Rozumiem, że nie możemy pobiec na drugą stronę miasta, ale to że większość sklepów przy ulicy stanowi jedynie ścianę scenografii jest już dla mnie minusem. Niektóre z przejść otworzą się dla Marty’ego, aby zaraz pokazać animację wypraszania chłopaka za drzwi, inne po prostu będą zamknięte na głucho. Wiem, że mam ważną misję i nie powinnam za bardzo zbaczać z torów, aby nie wywołać załamania w czasoprzestrzeni, ale naprawdę brakowało mi możliwości zobaczenia wnętrz z epoki. Atmosfera wręcz się z tej gry wylewa, twórcy mogli oddać jej jeszcze trochę, ale z drugiej strony lokacje tylko do zwiedzania zaburzyłyby flow gry i z pewnością podniosłyby poziom trudności, bo rozwiązań szukalibyśmy wtedy i tam. Można więc zrozumieć takie posunięcie, ale wciąż, gdyby nie to ziarnko w oku, dałabym grze z miejsca 9.



Back to the Future: The Game episode 5



Atmosfera, która wbija w fotel


Na świetność gry składa się wiele czynników, spośród których wielu wyróżnia przede wszystkim fabułę. Dla mnie jest to klimat. Co prawda fabuła jest jedną z części atmosfery, ale jestem w stanie trochę grze wybaczyć (a w zasadzie nie tyle wybaczyć, co po prostu niektóre rzeczy nie są dla mnie już tak drażniące), jeśli tylko klimat przylepi mnie do monitora i na długo pozostanie w pamięci. Tak było w przypadku Dreamfalla, tak jest i tu. Całościowo gra jest naprawdę godnym następcą sagi filmowej. Bez wątpienia przyczyniła się do tego historia napisana przez scenarzystę filmów – Boba Gale’a. Spotkałam się z opiniami, że fabuła od trzeciego epizodu jest zbyt przesadzona, ale najwyraźniej wszyscy ci narzekacze nie pamiętali drugiej odsłony filmowej. Swoją drogą, najsłabszej części wg. mnie, ale wciąż. Historia jest pełna wątków, które stworzyć mógłby jedynie twórca oryginału. Często usłyszymy powiedzenie Marty’ego „that’s heavy”, czy słynne „great Scott!” Doc’a i tak jak w filmie, tak i w grze postacie z innego czasu będą reagowały usłyszawszy coś nie z ich dekady.



Trzeba również wspomnieć o dubbingu, ponieważ w Doc’a wcielił się sam Christopher Lloyd, natomiast głosu Marty’ego użyczył niejaki A.J. Locascio. Pojęcia nie mam kto to, prócz tego, że jest to najlepszy naśladowca głosu Michaela J. Foxa z jakim kiedykolwiek się spotkałam. Sam Fox nie mógł podłożyć głosu Marty’ego, ale jego głos także przyjdzie nam usłyszeć w ostatnim epizodzie. Oczywiście nie wiem jaka była prawdziwa przyczyna dla której Fox nie zagrał Marty’ego, ale jeśli zagracie w piąty epizod, to sami będziecie mogli usłyszeć różnicę. Niestety choroba robi swoje, ale cieszę się, że tak czy siak wziął on udział w produkcji.




Back to the Future: The Game episode 5



Weź udział w filmie


Naprawdę trudno mi było uwierzyć jak świetna okazała się ta gra. Dzięki przemyślanej fabule, znajomych głosach i całościowej atmosferze, która od razu umieszcza nas w Hill Valley na pewno nie będzie to gra, którą szybko zapomnicie. Nie jest to typowa przygodówka, brak tam łamigłówek, a zagadki nie prezentują wysokiego poziomu trudności, ale wszystko to tylko bardziej zakorzenia nas w klimacie filmowym.
Im lepsza gra, tym bardziej przeszkadzają nam mniejsze niedociągnięcia. Tutaj to właśnie zbyt zamknięty obszar był czymś, czego brakowało mi do pełnego przeżycia. Jednak na końcu piątego epizodu, kiedy ekran stał się czarny by dać miejsca napisom końcowym, zobaczyłam swoją twarz, podpartą na nadgarstku z otwartymi ustami ruszającą się w lewo i w prawo. Nie mogłam uwierzyć czego właśnie uświadczyłam, a była to najlepsza kontynuacja tytułu filmowego, w której sama mogłam wziąć udział.











8 PLUSY:

atmosfera Powrotu do Przyszłości
+ fabuła godna oryginału
+ głosy przywracające wspomnienia
+ przestrzenny świat umieszczający nas w Hill Valley
+ kamera sprawiająca wrażenie kadrów filmowych
+ dźwięki potęgujące wrażenie filmu
+ grafika pasująca do pozytywnego nastroju produkcji
+ Great Scott, humor jak z filmu!
+ interaktywny film, a w pełni przygodówka
MINUSY:

nie jest to gra dla oczekujących wyzwania
- zbyt wiele zamkniętych drzwi


autorka: Kami